MĘCZENNICY SALEZJAŃSCY II WOJNY ŚWIATOWEJ

Wstęp

W historię Pychowic wpisani są salezjanie, którzy ponieśli śmierć męczeńską ze strony okupanta niemieckiego w czasach II wojny światowej w obozach koncentracyjnych.
Dwóch z nich duszpasterzowało na tym terenie w Szkole Podstawowej w Pychowicach - ks. Wojciech Michałowicz (1933-4) i ks. Ludwik Mroczek (1941). Natomiast trzeci, bł. ks. Józef Kowalski który jest patronem Wspólnoty salezjańskiej z Pychowic, był sekretarzem inspektoratu salezjańskiego na Dębnikach i z tej okazji najprawdopodobniej odwiedzał duszpastersko Pychowice należące w tamtym czasie do parafii dębnickiej prowadzonej przez salezjanów inspektorii krakowskiej.
Image

Ks. Wojciech Michałowicz (1897-1942)

Katecheta w Pychowicach. Numer obozowy: 13157.
Urodził się 18 kwietnia 1897 r. w Broniszewicach k. Gniezna. Salezjanin. Studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1828 r. w Turynie. Od 1936 r. był dyrektorem salezjańskiego zakładu wychowawczego i szkoły rzemieślniczej prowadzonej przez księży salezjanów w Kielcach. W czasie okupacji w kazaniach potępiał szmalcowników, kolaborantów i wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób współpracowali z okupantem. Został aresztowany 10 lutego 1941 r.  5 kwietnia  z kieleckiego więzienia został przewieziony został  do obozu w  Auschwitz. Miał numer 13157. Stamtąd trafił do Dachau, gdzie przeszedł operację. W obozie poinformowano go, że wyrokiem sądu w Kielcach został skazany na śmierć przez powieszenie. Wyrok wykonano w KL Dachau 9 stycznia 1942 r.  (cyt. za: https://ompio.pl/wiezniowie/michalowicz-wojciech/)

Image

ks. Ludwik Mroczek SDB (1905-1942)

Katecheta w Pychowicach. Numer obozowy: 17340

Ksiądz Ludwik Mroczek urodził się w Kętach – mieście św. Jana Kantego, w województwie krakowskim, dnia 11 sierpnia 1905 r. W przykładnej i bogobojnej rodzinie Franciszka Mroczka i Marii z Jurów.

W dziesiątym roku życia traci mały Ludwik swoje go kochanego i przedsiębiorczego ojca; odtąd cały ciężar utrzymania i wychowania jedenaściorga dzieci spadł na barki pracowitej matki – wdowy, która bywając często w Oświęcimiu w różnych sprawach, miała okazję poznać salezjanów tam pracujących oraz przyjrzeć się wspaniałemu rozwojowi Zakładu ks. Bosko. Zdecydowała się więc oddać swojego najmłodszego syna pod opiekę księży salezjanów. Tam więc Ludwik zawitał po ukończeniu szkoły w swojej miejscowości rodzinnej, w 1917 roku.

W zgromadzeniu salezjańskim

W cztery lata później wstępuje do nowicjatu w Kleczy Dolnej i dnia 7 sierpnia 1922 roku składa pierwszą profesję zakonną. Studia filozoficzne odbywa w Krakowie, po czym udaje się na asystencję do Kielc i Oświęcimia. W latach 1928-1933 uczęszcza na teologię w Wyższym Seminarium Diecezjalnym w Przemyślu, gdzie też otrzymuje święcenia kapłańskie 29 czerwca 1933 roku. Z rąk ks. Biskupa Franciszka Bardy. Po pięknych prymicjach, urządzonych mu bardzo uroczyście przez ludność z rodzinnej miejscowości, przez którą był tak bardzo kochany, oddał się z całym zapałem pracy wśród młodzieży w zakładzie salezjańskim w Przemyślu (sierociniec), we Lwowie (Ostra Brama) i ponownie w Przemyślu.

Wszędzie był przez wszystkich lubiany. Młodzież kochała szczególnie swego opiekuna, który był dla niej oddany całym sercem i niestrudzony w umiłowaniu jej rozrywek; umiał ją w specyficzny sposób przyciągać do kratek konfesjonału i do Stołu Pańskiego.

Gdy wybuchła II wojna światowa i w czasie działań wojennych sierociniec w Przemyślu został poważnie uszkodzony, a młodzież rozproszona, ksiądz Mroczek został przeniesiony do pracy dusz pasterskiej w Często chowie, gdzie została oddana salezjanom do zorganizo wania parafia pod wezwaniem Najśw. Serca Pana Jezusa na Stradomiu. Po roku przybywa do Krakowa, na „Łosiówkę”, gdzie katechizuje w pobliskich szkołach.

Aresztowanie i obóz koncentracyjny w Auschwitz

22 maja 1941 r. W uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego, w czasie gdy ksiądz Mroczek odprawiał Mszę św. w seminaryjnej kaplicy na Łosiówce, gestapo zajechało pod seminarium, aby go aresztować. Kiedy gestapowcy weszli do kaplicy i zobaczyli go odprawiającego, wycofali się do zakrystii i tam na niego oczekiwali, rewidując w międzyczasie jego pokój. Gdy ksiądz Ludwik wrócił do zakrystii, podszedł do niego gestapowiec i go zaaresztował. Jako powód aresztowania podano, że przynależy do organizacji wojskowej i popiera akcję Wojska Polskiego na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Powód powyższy był zupełnie zmyślony, gdyż ks. Mroczek, oprócz pracy wśród młodzieży i pracy w konfesjonale, niczym innym się nie zajmował.

W miesiąc później, wraz z innymi 11 współbraćmi krakowskimi został wywieziony z Montelupich do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu i otrzymał numer obozowy 17340, był naocznym świadkiem, kiedy to w owym pamiętnym dniu 27 czerwca 1941 r. czterej współbracia – kapłani ponieśli śmierć męczeńską. Przetrzymał ten dzień ciężkiej obozowej próby, pozostał przy życiu, jednakże rany zadane w czasie pobicia, które nie chciały się goić, gromadziły powoli ropę w jego organizmie.

Tytan cierpienia

Z powodu swego heroicznego znoszenia obozo wej męki, zyskał miano „tytana cierpienia”. Oto fragmenty zeznania jednego z naocznych świadków:

    Wieczorami odwiedzałem księdza Mroczka. Rozmowy z nim były krzepiące, Nie filozofował. Swoja prosta wiarą, wyrażana w prostych słowach, zdobywał i uspokajał słuchacza. We wszystkim umiał wskazać Boży cel. Jego prostota i dobroć działała kojąco na ludzi w tym morzy złości, nienawiści, rozżalenia i cierpienia, które dotykało tego czcigodnego kapłana. Pokochaliśmy go.

    Pewnego wieczora ks. Mroczek przyznał się, że rana się nie goi, z co gorsza puchnie mu i boli prawe udo. Poszedłem do doktora Turschmida. Ten przyrzekł sprawę zbadać. Nazajutrz stwierdził ropę w prawym udzie. Znowu narkoza i zabieg operacyjny. Cierpienia potęgo wały się. Pewnego dnia chirurg stwierdził u niego ropę w prawym ramieniu. Znów narkoza i operacja. A po kilku dniach ropa w lewym ramieniu.

    Był to dziwny przypadek. Lekarze stali bezradni. A to szło galopem. Ropa w lewej pachwinie, ropa w prawej pachwinie… Narkoza po narkozie, zabieg po zabiegu…

    Byłem przy ostatnim zabiegu ks. Mroczka. Leżał na stole operacyjnym. Jego piękna, pogodna, uśmiechnięta twarz nie zdradzała cierpienia. „Jacy dobrzy jesteście, panowie, jacy dobrzy, kochani”… powtarzał.

    Całe jego ciało było w ropie. Doktor Turschmid i doktor Zabłocki, z wielka troskliwością, choć bez przekonania, oczyszczali głębokie rany, przemywali utlenioną wodą, zalewali jakimś „ersatzem” i bandażowali starannie – niestety, tylko papierkami. Po zakończeniu zabiegu ksiądz Mroczek wyglądał jak egipska mumia, był obandażowany od kostek u nóg aż po samą szyję…

    Wróciłem do doktora Turschida.

    – Doktorze, czy ksiądz Mroczek bardzo cierpi? On nigdy się nie poskarży.

    – To tytan cierpienia – odpowiedział.

    Patrzę na niego z podziwem. Nie miałem podobnego wypadku w mojej długoletniej praktyce. To są nieludzkie bóle.

    – Piękny typ kapłana – rzekłem.

    – Gdybyśmy nie mieli takich kapłanów, bylibyśmy stokroć gorsi i podlejsi niż jesteśmy… – powiedział w zamyśleniu stary lekarz.

    – A… czy długo będzie się jeszcze męczył? – zapytałem, nie licząc na odpowiedź. Myślał chwilę i odpowiedział:

    – Ropa jest już w podbrzuszu. Sądzę, że do trzech godzin do trzech dni…

    Po zgaszeniu światła tego dnia, przy pryczy księdza Mroczka snuły się bardzo liczne cienie więźniów. Jęki rozlegały się ze wszystkich stron sali.

    Wielu więźniów zmarło tej nocy. Rano. Gdy promienie zimowego światła usiłowały przebić zamarzniętą szybę, w oknach tej koszmarnej szpitalnej sali – nie otworzyły się już oczy księdza Mroczka. Jego twarz była pełna jasności i pogody. Usta troszeczkę rozchylone, jak przy wymawianiu litery: „b”. Może w ostatniej sekundzie chciał powiedzieć: „bądź wola Twoja…”

Tyle naoczny świadek.

Ksiądz Ludwik Mroczek odszedł do Pana 5 stycznia 1942 roku, w 36 roku życia, 19 ślubów zakonnych i 8 kapłaństwa. Modląc się o wyniesienie na ołtarze tego „tytana cierpienia” naśladujmy go w znoszeniu naszego osobistego cierpienia i przeciwności życia.

Ks. Michał Szafarski sdb, vicepostulator

Kraków, marzec 2002 r.

(cyt.za: debniki.sdb.org.pl)

 

Image

Błogosławiony ks. Józef Kowalski (1911-1942)

Sekretarz Inspektorii krakowskiej, Numer obozowy: 17 350.

Ks. Józef Kowalski urodził się 13 III 1911 r. w Siedliskach koło Rzeszowa. Był siódmym z dziewięciorga dzieci Wojciecha i Zofii Borowiec. W jedenastym roku życia, po ukończeniu Szkoły Podstawowej w Siedliskach, na życzenie swoich rodziców udał się do Zakładu Salezjańskiego w Oświęcimiu. Podczas pobytu w szkole wyróżniał się bystrością umysłu, pilnością, pobożnością i duchem apostolskim. Po pięcioletnim pobycie, idąc za głosem powołania, którym żył od najmłodszych lat, wstąpił w 1927 r. do nowicjatu salezjańskiego w Czerwińsku. W latach 1928-31 ukończył w Krakowie gimnazjum klasyczne oraz dwuletnie studium filozoficzne, po którym odbył trzyletnią praktykę pedagogiczną w nowicjacie w Czerwińsku oraz w Salezjańskiej Szkole Organistowskiej w Przemyślu. W 1934 r. złożył wieczystą profesję zakonną oraz rozpoczął w Krakowie czteroletnie studia teologiczne, które zakończył 29 V 1938 r. przyjęciem święceń kapłańskich.

1 IX 1939 r. Niemcy napadły na Polskę. W tym czasie Salezjanie, podobnie jak i inni kapłani, solidnie wypełniali swoje zadania wypływające z misji zleconej im przez Chrystusa. Gorliwa praca duszpasterska Salezjanów drażniła i niepokoiła Niemców. Dlatego 23 V 1941 r. gestapowcy aresztowali ks. J. Kowalskiego wraz z innymi Salezjanami pracującymi w parafii w Krakowie. Aresztowanych zamknięto najpierw w więzieniu na Montelupich w Krakowie, skąd po miesięcznym śledztwie i torturach, wywieziono 26 czerwca do obozu w Oświęcimiu.

Ks. Kowalski nie załamał się ani nie utonął w oceanie cierpienia obozowego. Po strasznej masakrze, jaką hitlerowcy urządzili w karnej kompani 27 VI 1941 r., kiedy to na jego oczach wymordowali wszystkich przywiezionych z nim poprzedniego dnia Żydów i czterech spośród dwunastu salezjanów, ks. Józef w swoim pierwszym liście z dnia 29 VI 1941 r. nie tylko napisał: „Bądźcie o mnie spokojni, jestem w rękach Boga”, ale jak podkreśla naoczny świadek ks. Konrad Szweda: „ks. Kowalski zachował w obozie godność człowieka i kapłana i potrafił być sobą, choć za to był bity, pomagał innym, choć przyjmował za to chłostę i jako gorliwy kapłan mimo surowego zakazu, rozgrzeszał konających, dodawał otuchy zrezygnowanym, pocieszał psychicznie załamanych oczekujących wyroku śmierci”.

W ostatni dzień nabożeństwa majowego w 1942 r., rozeszła się w obozie wiadomość o transporcie księży z Oświęcimia do obozu w Dachau, gdzie jak sądzono, była większa możliwość przetrwania. W grupie 60 księży przygotowanych do transportu, znalazł się również ks. Kowalski. Niestety, do wyjazdu nie doszło. Znany kat Oświęcimia, esesman G. Palitzch wyłączył go z grupy księży wyjeżdżających do Dachu za to, że ks. Józef na jego rozkaz nie podeptał w łaźni swojego różańca. Dnia 3 VII 1942 r., który był ostatnim dniem pobytu ks. Józefa w karnej kompanii, kapowie prześcigali się w okrucieństwie wobec więzionych. Księdzu Kowalskiemu kazali wyjść na beczkę i przy akompaniamencie szyderstw udzielić konającemu rozgrzeszenia i wygłosić kazanie. Po modlitwach odmówionych przez niego, kapo Karol Langenhagen, zepchnął go z beczki i skopał. Zbity kapłan, z trudem powrócił wieczorem na swój blok. Po tych dramatycznych przeżyciach, ostatnie godziny swego życia, w nocy z 3 na 4 lipca 1942 r., spędził w łagrze na pryczy obozowej. W nocy na salę wszedł kapo Józef Miast i wezwał leżącego na pryczy ks. Józefa, który zanim wyszedł oddał pozostałym ostatnią kromkę chleba, mówiąc: „Módlcie się za mnie i moich prześladowców”. Po tych słowach odszedł i już nigdy nie powrócił na salę. Według powszechnej opinii, krążącej w obozie, został zmasakrowany i utopiony w beczce z fekaliami.

Został beatyfikowany w 1999 r. w Warszawie przez Ojca Świętego Jana Pawła II.

(cyt. za: www.debniki.sdb.org.pl)