KSIĄŻKA O PYCHOWICACH

Książka zbiorowa o Pychowicach z 1944 r.

„Pamiątka poświęcenia Pychowic Najświętszemu Sercu Jezusowemu w nowej wotywnej kaplicy”.
Praca zbiorowa pod red. ks. Jana Kantego Zemana
Kraków – Pychowice, 8.10.1944 r.

SPIS RZECZY:

1. Akt poświęcenia Pychowic Najświętszemu Sercu Jezusowemu                    s. 4
-   Rysunek: Kapliczka projektu inż. Witolda Zgórskiego                    
2. Z przeszłości Pychowic                                   [mgr Józef Mitkowski]                  s. 8
3. Króluj nam Chryste                                          [M. Ardens; wiersz]                        s. 23
4. Nasze przydrożne kapliczki                           [Helena Szafarska]                        s. 24
5. Przechadzka do Pychowic                              [Wojciech Żukrowski]                  s. 29
6. Dle Ciebie Jezu                                                  [Helena Szafarska; wiersz]          s. 32
7. Zywotność parafii dębnickiej                         [mgr Janusz Trwałowski]            s. 33
-   Rysunek: Krata projektu inż. W. Zgórskiego w wykonaniu firmy Jana Cremusa
8. 50-lecie cmentarze pychowickiego              [Helena Szafarska]                       s. 36
9. Pychowice a Józef Fieniążek                           [Zbigniew Haczyński]                 s. 39
10. Obietnice Najśw. Serca Jezusowego dla Jega czcieli                                        s. 43
11. Pokłosie z poświęcenia kaplicy wotywnej    [uczestnik]                                    s. 44
12. Spis rzeczy                                                                                                                    s. 47

Wojciech Żukrowski, „Przechadzka do Pychowic”
 (s. 29-31)


Z Krakowa do Pychowic nie jest daleko. Nawet z roku na rok bliżej, bo Kraków rosnąc, rozbudowując się, wchłania w swe przedmieścia niedawną wieś. Może jesienią, gdy obfite de, zmielony kołami wapień zmienia ją w kleistą maź, czy mroźnym styczniem, gdy dmie śniegiem od skutej lodami Wisły, droga wraca do dawnej, prawdziwej długości.
Ale dziś w pogodne popołudnie idziemy wałem, to ścieżkami, skrajem drogi, w słońcu grzejącym łagodnie. Wisła, która burzy się w ciasnej, skalnej rynnie pod Norbertankami – tu jest gładka, zielonkawa, przyjmuje kolory od wrześniowego nieba. Odbite obłoki przesuwają się po niej powoli jak galery. Dzieci, które w tej porze wyległy na zakurzoną trawę z wielkich kompleksów bloków robotniczych, bawią się wesoło, kopiąc piłkę. Krzyczą cienkimi glosami, z daleka słychać gwar podobny do świergotu szpaków zbierających się do odlotu.
Na lewo, poza nasyconą słońcem szczerzącą żółte złomy odkrytą ścianą kamieniołomu, wzgórze porosłe karłowatymi sosnami, przyszły park nowo zbudowanej dzielnicy. Wbrew wojnie, wyniszczającej drzewostan, sosny rozrastają się krzaczasto, pachnące z daleka nagrzaną żywicą. Dalej stoki pagórków porosłych ościstą trawą, w którą niechętnie zanurzają pyszczki gromadki kóz.
W tych wzgórzach czarna jama groty. Tu mistrz Twardowski porozbijawszy swej pyskatej żonie gliniane garczki na straganie Starego Rynku, krył się, by praktykami czarnoksięskimi wydobyć od diabła tajemnicę wiecznej młodości. Parę kroków dalej, na progu Pychowic stoi kapliczka Matki Boskiej wzniesiona ręką pobożną, by zagrodziła drogę rozzuchwalonym demonom. Bo to właśnie tu zbudowali zniecierpliwieni diabli karczmę Rzym, do której zwabili czarnoksiężnika, by zgodnie z umową unieść w czeluście. Gdy tak trzymany krzepko przez gromadę wysłanników piekieł wzbijał się, tracąc ziemię pod nogami, zaczął Twardowski śpiewać Godzinki i został porzucony na rogu księżyca. Tak mówi star baśń ludowa, ale fundamenty karczmy, która się tu rozpadła były jeszcze parę lat temu widoczne między kapliczką a tą wielką dziką gruszą. Zresztą, jak nie wierzycie, to zapytajcie starszych, oni dokładnie opowiedzą.
Za dawną rogatką zaczyna się wieś. Właściwie dawniej była to wieś, bo teraz coraz bardziej przypomina przedmieście mnóstwem murowanych domów jednorodzinnych. Ale jeszcze trafiają się te niebieściutkie chałupy, jak to dawniej było w modzie, z niewielkimi okienkami, spoglądającymi spod słomianej strzechy wprost na zapyloną, mączystą strugę gościńca. Jeszcze są dawne ogródki z malwami, nagietkami i makami za żerdkowym płotem.
Dawna wieś rozciąga się szeroko, z jednej strony włazi na wał zagradzający Wisłę, z drugiej na skałki, aż het, w stronę Zakrzówka, Borku i malutkiego cmentarzyska.
Drzewiny już z owoców obrane, przypudrowane bliskością drogi, żółkną powoli. Jeszcze jedna kapliczka i jeszcze jedna. Wszystkie obeliskowe, ze świątkami na pięterku, zerkającymi z siwej, wybielonej nyży na cztery strony świata. Ponad wioską szkoła – wielka, zbudowana z rozmachem, na wyrost, z myślą o dzieciach tych, co dziś jeszcze kaczki z kamyków po Wiśle puszczają. Za szkołą świeżo wzniesiony kościółek pod wezwaniem Najświętszego Serca Jezusowego. Prosty, harmonijny w linii projektowany jako zaczątek przyszłego wielkiego kościoła, którego brak zaczyna się tu odczuwać. Wzniesiony rękami polskiego chłopa i robotnika, aby wyprosił dla Pychowic łaskę bezpiecznego przetrwania.
Stąd z góry, dachy obwiedzione zgaszoną zielenią, poczerniale na zachodzie. Słońce ściele się po wierzchołkach drzew parku przy dworze, dużym czworoboku zabudowań. Za Wisłą, której dwa zakręty błyskają czerwoną łuską w słońcu, widnokrąg zamyka kopiec Kościuszki i cichy cmentarz na Salwatorze, gdzie kołysany szumem brzóz spoczywa największy współczesny dramaturg polski K. H. Roztworowski.
Za kopcem różnych obłoków napływających od Bielan. Tam ponad Laskiem Wolskim, gęstym kożuchem grabiny, trzy wieże cichego eremu ojców kamedułów pogadują wonnymi tonami dzwonów. Odpowiada im szybki, srebrny, do gruchającej gołębicy podobny głos sygnaturki od Norbertanek.
Dołem plaże, piaski zmącone tyloma stopami, stygną powoli. Wisła gasi kolory, białawy opar wstaje nad zwierciadłem. Dymy z domków biegną prościutko, cienkimi, siwymi smugami. Pora wieczerzy. Od Krakowa gubiącego się w fioletowej oćmie, zasnutego dymami, nad którymi błyska podobna iskrze złota korona Mariackiej wieży, zaczynają powracać strudzeni pracownicy.
Wita ich cisza kojąca, półwiejska, bełkot Wisły – tak, to Pychowice, przyszła wypoczynkowa dzielnica wielkiego Krakowa. Sponad wzgórz wychyla się sierp księżyca. Nie przysięgnę, ale zdaje mi się, że z żalem i tęsknotą spogląda z niego ku nam sypiąc srebrem fale, były lokator pychowickiej groty, sam mistrz Twardowski.